Chciałbym, aby człowiek wychodził z więzienia z nadzieją, że będzie mógł powrócić do społeczeństwa. Że dostanie jakąś pracę zamiast beznadziei, z której często wyrasta decyzja, by nie liczyć się z niczym ani z nikim – mówi Michael Hennessey, szeryf San Francisco, w rozmowie z Wiktorem Osiatyńskim
Wiktor Osiatyński: Jest Pan zwolennikiem stosowania alternatywnych kar zamiast więzienia, organizatorem różnorodnych programów edukacyjnych terapeutycznych terapeutycznych w aresztach i więzieniach hrabstwa San Francisco. Dlaczego Pan to robi?
Michael Hennessey: By zmniejszyć liczbę przestępstw.
WO: Jednak większość szeryfów w Ameryce oraz ministrów sprawiedliwości w innych krajach próbuje zapobiegać przestępczości, starając się po prostu zamknąć więcej ludzi na więcej czasu w większej ilości więzień.
– Nie wierzę, aby to dawało rezultaty, bo wcześniej czy później ci ludzie wyjdą z więzień. Wielką liczbę przestępstw popełniają ludzie, którzy dopiero co wyszli z więzień, w tym także ci na warunkowym zwolnieniu. Dzieje się tak, bo nie mają niemal żadnych szans na wolności. Większość więzień to brutalne środowiska, gdzie nawet sprawcy przestępstw bez użycia przemocy muszą nauczyć się być gotowym do bójki w samoobronie. Gdy wracają na wolność, najlepiej radzą sobie z innymi ludźmi, walcząc z nimi. Trudno się zatem dziwić, że nawet gdy wejdą w drobny konflikt, kończy się to wyrządzeniem komuś krzywdy.
WO: A czy nie jest tak, że niektórzy ludzie są gwałtowni i na zawsze takimi pozostaną?
– Niektórzy ludzie rzeczywiście są gwałtowni i będą mordować, jeśli ich się nie odizoluje. Jednak to można ocenić na podstawie dobrej znajomości człowieka, a nie rodzaju popełnionego przez niego przestępstwa. Wiele gwałtownych przestępstw ma swoje źródła w środowisku, a nie w charakterze osoby. Jedną z najbardziej tragicznych postaci w najnowszej historii Ameryki był Jack Abbott. W trakcie pobytu w więzieniu okazało się, że jest bardzo utalentowanym pisarzem. Po przeczytaniu jego książki „Dolina bestii” słynny pisarz Norman Mailer roztoczył nad nim opiekę i poręczył za przedterminowe zwolnienie Abbotta. Sąd usłuchał Mailera i Abbott wyszedł na wolność.
WO: I kilka dni później w restauracji zadźgał nożem kelnera, który zwrócił mu uwagę, by wyszedł z papierosem na zewnątrz. Stało się to klasycznym argumentem dla zwolenników zaostrzenia kar: żadnych przedterminowych zwolnień, ułaskawień, mniej kar w zawieszeniu.
– To prawda. Kiedy jednak dokładniej przyjrzeć się sprawie, można nabrać wątpliwości. Gdy kelner mówi Abbottowi, by wyszedł z papierosem, ten myśli, że kelner wywołuje go do bójki, bo w więziennej podkulturze to właśnie oznacza zaproszenie do wyjścia. A w więzieniu, gdy szykuje się bójka, nikt nie czeka, by oddać cios, bo można nie przeżyć pierwszego. Tak myśląc, Abbott wziął ze stołu nóż i gdy kelner się odwrócił, zadał śmiertelny cios. „A co miałem zrobić – mówił. – Tylko tak można przetrwać w tym świecie”. Wciąż zbyt wielu więźniów myśli podobnie, ucząc się w więzieniach zasady, że przetrwają najbardziej agresywni.
WO: Pan chce, aby więzienia były inne?
– Tak. Chciałbym, aby człowiek wychodził z więzienia z nadzieją, że będzie mógł wrócić do społeczeństwa. Że dostanie jakąś pracę zamiast beznadziei, z której często wyrasta decyzja, by nie liczyć się z niczym ani z nikim.
WO: Czy wyborcy nie mówią Panu, by przestępców zamykać na zawsze, a klucze wyrzucać do rzeki?
– Już nie. Jednak na początku mówili.
WO: Co Pan im odpowiadał? Pytam, bo w Polsce wiele osób tak właśnie myśli.
– Sądzę, że także w Polsce próbuje się zapewnić wszystkim ludziom pewne minimum wykształcenia. A jeśli jakiś młody człowiek przerywa naukę, a później chce to nadrobić, to chyba może skorzystać ze szkół dla
dorosłych?
WO: To możliwe, chociaż niezbyt łatwe.
– Podobnie jak u nas. Ale są środki publiczne na edukację dla dorosłych. Wykorzystujemy więc część tych środków na naukę w więzieniach. W niektórych społecznościach istnieją specjalne usługi edukacyjne dla mieszkańców, staramy się więc objąć nimi także więźniów. Bo przecież mimo uwięzienia nadal pozostają oni członkami społeczności, do której kiedyś wrócą.
O więźniów powinniśmy się troszczyć we własnym interesie. Większość z nich nie jest pasywna; oni nie trafili do więzień za to, że spokojnie spali na ulicy. To ludzie aktywni, którzy w więzieniu stają się jeszcze bardziej agresywni. Po odbyciu kary do społeczeństwa wracają tysiące osób bez środków do życia. A ponieważ nie są pasywni, nie będą siedzieć i czekać, aż umrą. Środki do życia zdobędą siłą, jeżeli nie uzyskają ich w inny sposób. Zapewniając edukację w więzieniu, dajemy im inne niż przemoc narzędzia, by radzili sobie w życiu, a więc zniechęcamy ich do popełniania przestępstw.
WO: Czy to daje efekty?
– Badania wykazują, że absolwenci naszych programów trafiają ponownie do więzień bez porównania rzadziej niż inni więźniowie. Mamy już wyniki programów leczenia alkoholizmu i narkomanii w więzieniu dla kobiet, upraw organicznych oraz oduczania przemocy. Wygląda na to, że wszystkie są skuteczne.
WO: Dzięki czemu?
– Najważniejsze było zapewnienie wiarygodności terapeutów. Dawno przekonałem się, że wiarygodność jest konieczna, aby nawiązać więź z ludźmi, którym chcemy pomóc zmienić się. Jeśli doskonale wyszkolona terapeutka z wyższych sfer przyjedzie luksusowym samochodem do getta, by tam pracować z niezamężną matką, to żadne kwalifikacje ani zdolności nie pomogą. Młoda dziewczyna pomyśli: „Ta kobieta powie mi, że ona nie musi żyć tak jak ja”. Zupełnie co innego, jeśli przyjdzie do niej inna matka nieślubnego dziecka i powie: „Oto jak ja zmieniłam swoje życie. Musiałam to i to zrobić. To nie było łatwe, ale pomogę ci przez to przejść”. Ona jest bez porównania bardziej wiarygodna, a jej przykład może stać się dla tej drugiej inspiracją. Podobnie dla przestępców najbardziej wiarygodni są byli przestępcy. Przez sam fakt, że są na wolności, pracują i nie wracają do przestępczości, mogą stanowić model do naśladowania.
WO: Pan uzyskał sławę jako szeryf, który daje pracę byłym kryminalistom. Czy łatwo było przekonać do tego pomysłu policję, prokuratorów, sędziów i strażników więziennych?
– To było najtrudniejsze. Stróże prawa uważają, że najlepiej jest trzymać się z dala od przestępców. I chociaż więzienia i areszty są przeznaczone dla przestępców, personel nie chce wpuszczać tam byłych więźniów. Obawiają się, że mogą oni szmuglować do więzień narkotyki i popełniać inne przestępstwa.
WO: A czy tak nie jest?
– Nie. Możemy przecież ludzi prześwietlać, czy niczego nie wnoszą. Pracujemy z wytypowanymi przez nas osobami przez jakiś czas po wyjściu z więzienia albo czekamy rok lub dłużej, aż przekonają nas, że potrafią uczciwie pracować. U mnie pracuje wielu byłych przestępców i większość okazała się bardzo dobrymi pracownikami. Wśród zatrudnionych, którzy nigdy nie popełnili przestępstw, też zdarzają się źli pracownicy. Trafiali mi się nawet terapeuci, którzy szmuglowali do więzienia narkotyki. A nigdy nie zrobił tego żaden były przestępca. Oni się tego boją, bo z własnego doświadczenia wiedzą, czym to się kończy.
Powinienem mieć wystarczającą odwagę i podejmować ryzyko, by robić to, co uważam za słuszne, czyli zapewniać wiarygodnych dla więźniów terapeutów.
WO: Jak Pan zdołał przekonać swoich zwierzchników do tego ryzyka?
– Jestem szeryfem od 21 lat. I wcale nie zacząłem od razu wszystkich programów, jakie dziś prowadzimy. Budowaliśmy je krok po kroku, od jednego udanego przedsięwzięcia do kolejnego. W ten sposób sami uzyskaliśmy wiarygodność u tych, od których zależy nasz budżet – od rady miasta, władz miejskich i powiatowych. Widząc, że nasze programy są skuteczne i przynoszą korzyść nie tylko więźniom, lecz społeczeństwu, okazywali mi coraz większe poparcie i przyznawali więcej pieniędzy.
WO: Jak inni mogą zyskać taką wiarygodność?
– Stopniowo. Najpierw zatrudniałem ludzi, którzy potrafili przeszkolić personel więzienny, aby razem z nim zmieniać tradycyjne sposoby działania. Chcąc wprowadzać zmiany, lepiej zaczynać od programów, które rokują szansę powodzenia. Dobrze zacząć od więźniów o niskim stopniu ryzyka – wtedy część strażników mogą zastąpić terapeuci. Gdy program działa dobrze, można zacząć włączać, też stopniowo, więźniów o większym ryzyku, a w końcu – jeszcze trudniejszych. Ale w więzieniach o najostrzejszym rygorze, gdzie wielu więźniów odsiaduje wyroki za morderstwa, długo nie było żadnych programów. Skoro ci ludzie nie wyjdą szybko na wolność, wolę zaczynać pracę z takimi, którzy niedługo wyjdą. Ostatnio w oparciu o dotychczasowe doświadczenia rozpoczęliśmy kilkanaście programów w więzieniach o najostrzejszym rygorze.
WO: Wyborcy tak Pana popierają, że ostatnio nie miał Pan nawet kontrkandydatów. W jaki sposób przekonał Pan ich do swoich programów, zwłaszcza że większość szeryfów w USA jest wybierana dzięki hasłom o konieczności surowego i bezwzględnego przywracania prawa i porządku?
– Staramy się wyedukować ludzi tak, by dostrzegali zalety naszych działań oraz wady trzymania ludzi w więzieniach bez żadnych programów. Gdy chcę wytłumaczyć mieszkańcom San Francisco naszą działalność, często podaję przykład: w końcu lat 70. Fidel Castro wypuścił kilkuset chorych z zakładów psychiatrycznych i pozwolił im wyemigrować do USA. Gdy to wyszło na jaw, Amerykanie wpadli w panikę – Kongres zarządził przesłuchania, prezydent Carter zajął się sprawą, wszyscy wystraszyli się przysłanych z Kuby umysłowo chorych, kryminalistów i morderców. Okazało się, że pośród nowo przybyłych znajdowało się około 350 przestępców. To wystarczyło, by poruszyć cały kraj. A przecież w samej Kalifornii stanowe więzienia opuszcza codziennie ośmiuset więźniów i nikt nie panikuje, dlatego że jest to czymś zwykłym więźniów akceptowanym. Łapiemy przestępcę i skazujemy go. To ludzi zadowala. Później jednak nikt nie mówi: „Dzisiaj wypuściliśmy z więzień ośmiuset drapieżników”. Dlatego tak ważne jest, by stale uświadamiać społeczeństwu ograniczenia wymiaru sprawiedliwości oraz więzień. A największym ograniczeniem jest to, że ludzie wychodzą z więzień przeważnie jeszcze gorsi niż wtedy, gdy zostali tam zamknięci.
WO: Pan próbuje przezwyciężyć te ograniczenia, stosując kary zastępcze. Czy są one skuteczne?
– Większość takich programów powstała z konieczności, bo nasze więzienia były przepełnione, a takimi nie tylko trudniej zarządzać, są one oczywiście bardziej niebezpieczne. Więc chcieliśmy, aby choć część więźniów mogła wyjść na wolność. Nasze prawo pozwala szeryfom na umieszczanie skazanych w programach zastępczych zamiast w więzieniu, naturalnie przy zachowaniu określonych wymogów. Inne przepisy – uchwalone w połowie lat 80. – pozwalają więźniom odpracować część kary. Na tej podstawie stworzyliśmy programy zastępcze, które stały się popularne. 80-90 osób, które powinny być w więzieniu, stawia się każdego ranka do pracy przy zamalowywaniu graffiti i zamiataniu ulic. Na dodatek, prawo pozwala pobierać od nich opłaty, jeśli mają na to środki. Toteż społeczeństwo ma z tego pożytek w postaci czystszego miasta. Uczymy skazanych pracować i odpłacać społeczeństwu za popełnione przestępstwa, a jednocześnie robimy to taniej, niż gdybyśmy trzymali ich w więzieniu.
WO: Trzymacie też skazanych w domach, zakładając im elektroniczne bransolety, które informują o każdym ich ruchu.
– Tak, mamy 60 do 80 osób żyjących w odosobnieniu we własnych domach. Pamiętamy jednak, że nie każdy się do tego nadaje.
WO: Nawet w tolerancyjnym San Francisco wielu ludzi to oburzało.
– To prawda. Na początku ludzie myśleli, że trzymanie skazanych w ich domach jest zbyt łagodne. Myślę, że to kwestia zbiorowego ego, które pcha nas, żeby nie tylko ukarać skazanego, ale na dodatek ukarać go boleśnie. Jednak przecież możemy karać ludzi w sposób, który lepiej uwzględnia potrzeby sprawcy, jego lub jej rodziny, a także całej społeczności.
WO: Czy to w ogóle jest kara?
– Zróbmy eksperyment. Przez miesiąc zmuszę pana do pozostawania w domu. Zostawię panu nawet telefon, będą mogli pana odwiedzać znajomi, będzie mógł pan zamawiać jedzenie w sklepie lub w restauracji, słowem, będzie pan miał wszystkie wygody. Zobaczy pan, że po miesiącu zacznie pan szaleć. A co dopiero, gdyby to było 90 dni lub rok. Z pewnością byłaby to dla pana kara, mimo że łagodniejsza niż więzienie. Od tych, którzy mają pieniądze, też pobieramy opłaty. Ale przecież ta kara nie sprowadza się do samego siedzenia w domu. Nakładamy na nich obowiązki, jak np. leczenie alkoholizmu, narkomanii. Gdy właściwie dobieramy ludzi do takiej kary, chroni ona również społeczeństwo.
WO: Na jakiej podstawie kierujecie jednych do robót publicznych, innych do aresztu domowego, a jeszcze innych do więzień?
– Więzienia często pozbawiają ludzi szacunku dla władzy, bo bywają niezwykle autorytarne, a ze względu na trudność kontroli i arbitralność władzy obowiązujące w nich reguły są niekiedy zupełnie dowolnie egzekwowane wobec jednych więźniów i uchylane wobec innych. Toteż opuszczając więzienia, ludzie mają niechęć do władzy, do stróżów prawa i do wszelkich reguł. Na dodatek wychodzą z większym ładunkiem złości i większą skłonnością do przemocy. Dlatego najważniejszym zadaniem zarządzających więzieniami jest nakłonienie gwałtownych przestępców, by w czasie kary poddali się terapii. Przecież zdecydowana większość więźniów powróci do swoich społeczności. Jeszcze lepiej by było, gdyby udało się nam w ogóle uniknąć zamykania ludzi w więzieniu. Więzienia powinny być stosowane wyłącznie wobec gwałtownych przestępców, którzy stanowią zagrożenie dla ludzi. Wobec innych więzienie mogłoby pełnić funkcję odstraszania – powinni spędzić tam jakiś czas, by uświadomić sobie, czym jest więzienie i jak dolegliwa może być kara.
WO: Jak długo powinni siedzieć?
– Po miesiącu człowiek już wie, na czym polega więzienie, czy będzie umiał się dostosować, czy nie. Potem funkcja odstraszająca zanika. Pobyt w więzieniu dłużej niż miesiąc ma minimalny efekt dodatkowy i w coraz mniejszym stopniu odstrasza od kolejnych przestępstw.
WO: Czyli ci, którzy po pierwszym szoku nie przystosują się do warunków więziennych, ulegną dodatkowej brutalizacji. Ci zaś, którzy się dostosują, przestaną się bać ponownego uwięzienia, bo doświadczyli
już raz władzy wewnątrz więziennej społeczności.
– Najczęściej tak. To tak jak z karą chłosty stosowaną np. w Singapurze. Po kilku ciosach bity wie, jakie to bolesne. Kolejne razy jedynie zwiększają ból i poczucie krzywdy, ale już niczego nie uczą.
WO: Sądzi Pan, że miesiąc aresztu może być wystarczającą karą?
– Często tak. Zwłaszcza jeśli ją połączyć ze zwolnieniem, którego warunkiem byłoby skuteczne poddanie się leczeniu z alkoholizmu, narkomanii bądź przemocy. Nasza polityka karna odzwierciedla lęk społeczeństwa. Ale zbyt często nasze poglądy na temat długości kary są oparte na przesądach, a nie na faktach. Wciąż jeszcze za mało wiemy, jakie środki kontroli społecznej są skuteczne. Wiele przykładów sugeruje, że współdziałanie policji i lokalnych społeczności lepiej poprawia poczucie bezpieczeństwa obywateli niż surowe kary.
WO: Czy policja i personel więzienny przychylnie odnoszą się do pańskich pomysłów?
– Nie. Zazwyczaj mam do czynienia z dużą niechęcią personelu, do czasu gdy zmienią swoje przekonania.
WO: A kiedy je zmieniają?
– Wtedy, gdy widzą, że coś zwiększa bezpieczeństwo i porządek na ulicach bądź w więzieniu. Podstawowym warunkiem jest, by stróże prawa – od najwyższych oficerów do zwykłych policjantów – brali udział we wprowadzaniu nowych programów, bo wtedy rośnie ich poczucie współuczestnictwa, ujmy i profesjonalizmu. I nie próbują sprzeciwiać się nowościom lub sabotować je. Tak właśnie było w przypadku najnowszej tendencji w amerykańskim więziennictwie, czyli bezpośredniego nadzoru strażników nad więźniami. Polega to na tym, że więźniowie mieszkają po 20-30 w dużych salach, w których odbywają się również zajęcia edukacyjne i terapie grupowe pod nadzorem strażnika mającego swe biurko wewnątrz pomieszczenia. Bezpośredni nadzór okazał się bez porównania bezpieczniejszy i tańszy niż tradycyjne więzienia, gdzie osadzeni znajdują się w pojedynczych lub kilkuosobowych celach, a strażnicy spacerują po korytarzach. Na początku jednak personel sądził, że to zbyt niebezpieczne.
WO: Czy mimo to narzucił Pan ten nowy system?
– Nie, bo to by nie dało rezultatów. Kiedyś podczas konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Pracowników Więzień usłyszałem, że Bezpośredni nadzór ułatwia zarządzanie więzieniem i poprawia bezpieczeństwo. Przekonało mnie to, że nie mówili tego politycy ani teoretycy, lecz ludzie, którzy sami kierowali więzieniami. Postanowiłem spróbować. Jednak nie we wszystkich więzieniach, którymi Pan zawiaduje, Wprowadzono bezpośredni nadzór.
WO: Czy dlatego, że personel nie chciał?
– Personel już wszędzie się do tego przekonał. Ale w starszych więzieniach nie mamy często fizycznych możliwości jego wprowadzenia. Nie ma tam wielkich sypialń ani dużych sal lekcyjnych.
WO: W polskich więzieniach właśnie zamienia się sale wykładowe na sypialnie, aby zmniejszyć przepełnienie.
– Sale lekcyjne są konieczne, jeśli chce się prowadzić jakikolwiek program resocjalizacji. W więzieniu o najostrzejszym rygorze jest tylko jedna taka sala na 12 osób, a w więzieniu jest 500 więźniów. Dlatego w nowszych więzieniach budujemy więcej sal wykładowych i otwartych przestrzeni.
WO: Skąd bierze Pan ludzi do prowadzenia zajęć?
– Na początku korzystaliśmy z wolontariuszy, głównie z rozmaitych grup religijnych. Nie przychodzili zbawiać więźniów i nie uczyli ich religii, lecz czytania i pisania. Wielu pochodziło ze wspólnot samopomocowych takich jak Anonimowi Alkoholicy czy Narkomani. Przychodzili do więzień po to, by przygotowywać więźniom kontakty z grupami na wolności, niezbędne po wyjściu z więzienia. Przychodzili przynajmniej od pół roku, nie zagrażali bezpieczeństwu, pozyskali więc zaufanie strażników i więźniów. Toteż zaproponowaliśmy im, aby oprócz udziału w swoich grupach prowadzili także inne rodzaje zajęć, tym razem już za wynagrodzeniem. W ten sposób budowaliśmy nasz nowy personel.
WO: Co by Pan radził, gdybyśmy chcieli stworzyć podobne programy w Polsce?
– Najpierw trzeba przekonać personel, że warto. Może dobrze by było, gdyby przyjechali do was nasi strażnicy i wychowawcy. Wasi sceptycy mogliby od nich usłyszeć: „Ja sam kiedyś byłem twardy wobec więźniów i myślałem, że nie są nic nie warci. Ale przekonałem się, że nowe programy są skuteczne”.
WO: Gdyby do San Francisco przyjechał nasz minister sprawiedliwości, to co by Pan mu pokazał?
– Wszystko, co chciałby zobaczyć. Gościłem szefa więziennictwa Republiki Irlandii. Zaproponowałem, żebyśmy obejrzeli więzienia starego typu i nowe. A on na to, że chce zobaczyć tylko pomieszczenia i programy w nowych więzieniach. Kiedy zapytałem, czy nie chciałby ich porównać ze starymi, odpowiedział: „Nie, dziękuję. Stare to ja mam u siebie”.
Michael Hennessey (ur. 1948 r.) prawnik, pracował w Urzędzie Szeryfa, któremu podlega m.in. policja oraz areszty i więzienia. Stworzył tam Wydział Porad Prawnych dla Więźniów. W 1979 r. Hennessey został wybrany na Szeryfa San Francisco; odtąd był niezmiennie wybierany co cztery lata. Jako szeryf szybko zdobył sławę, zatrudniając w tradycyjnie "białym i męskim" Urzędzie Szeryfa znaczną liczbę kobiet oraz przedstawicieli mniejszości rasowych. Wiktor Osiatyński - prawnik, wykłada na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie, w Warszawie i w University of Chicago. W latach 1985-87 był nauczycielem akademickim w więzieniu dla kobiet w Kalifornii. W 1989 r. założył komisję edukacji w dziedzinie alkoholizmu przy Fundacji im. Stefana Batorego, która m.in. dopomogła we wprowadzeniu terapii dla osób uzależnionych w polskich więzieniach. Od autora: W Stanach Zjednoczonych słowa "więzienie" i "areszt" mają inne znaczenie niż w Polsce. Różnica nie dotyczy charakteru pozbawienia wolności (areszt tymczasowy do rozprawy) lub wysokości wyroku (w Polsce niektóre niskie wyroki odsiaduje się w aresztach), lecz tego, w jakiej strukturze federalnej znajduje się miejsce odosobnienia. Więzienia są federalne oraz stanowe. W powiatach i miastach zaś znajdują się areszty. W praktyce jurysdykcją federalną i stanową objęte są poważniejsze przestępstwa, toteż w więzieniu - podobnie jak w Polsce - przebywa się dłużej niż w areszcie. W celu oddania istoty uwięzienia w niniejszej rozmowie posługuję się terminem "więzienie" zarówno wtedy, gdy szeryf Hennessey mówi o areszcie, jak i więzieniu.
