Od ponad 20 lat nasz kraj uznawany jest za demokratyczny. Jego obywatelom teoretycznie przysługują prawa wolności słowa i zgromadzeń. Stwarza to wrażenie życia w wolnym kraju. Mit ten podtrzymywany jest spektakularnymi zmianami, takimi jak na przykład zmiany nazwy Milicja Obywatelska na Policja. Zmienia się prawo. Wszystko to stanowi jednak kurtynę, za którą zmienia się niewiele. Po wstrząsie 1989 roku wracają do łaski stare, dobre metody podziału na władzę i poddanych. System się rozbudowuje, przypominając coraz bardziej ten z minionej epoki. Hasłem – kluczem w ogłupianiu społeczeństwa jest dziś walka z bezprawiem. Mimo zaostrzającego się prawa i poszerzania uprawnień dla administracji państwowej, efekty są marne. Nikt nie zaprzecza, że przestępstw jest coraz więcej, ale metody jakimi się z nimi walczy, uderzają nie tyle w przestępców, co w obywateli i ich wolność.
Bez przerwy, jeden po drugim wybuchają skandale dotyczące nadużyć w administracji państwowej, zarówno brutalności policji jak i rozmaitych przekrętów na poziomie sądów. Upublicznione nadużycia to jedynie czubek góry lodowej. Policyjna przemoc i nadużycia oraz niekompetencja sędziów i prokuratorów są w zasadzie bezkarne. Świadomość społeczna kształtowana jest przez programy typu ”Super gliny”, gdzie bohaterscy policjanci heroicznie walczą z przestępcami czy wrogami publicznymi. Niewielu obywateli zdaje sobie jednak sprawę z tego, że dokładnie każdy może zostać za takiego wroga uznany. I z tego, że z takich oskarżeń bardzo trudno się oczyścić, nawet jeśli jesteśmy zupełnie niewinni.
Policjant ma zawsze rację. Jeżeli nie ma, to prokurator chętnie mu pomoże.
Policyjny spektakl jest codziennością. Zachęcona taką postawą władza sięga coraz wyżej, rzadko kto weryfikuje dziś policyjną interpretację wydarzeń. Właśnie tej subtelnej przemocy doświadczamy często w sądzie, kiedy stroną jest policja. Przy takich okazjach powtarzana jest regułka o policyjnej bezstronności, policja nie ma żadnego interesu żeby służyć złym czynom, jej założeniem jest chronić obywateli – mówią przeważnie sędziowie i prokuratorzy, ślepi na oczywistość przewinień policjantów.
Sędziom zdarza się również wygłaszać bardziej kuriozalne zdania – np. „porządek jest ważniejszy, niż wolność i demokracja” (na rozprawie poważnie poturbowanego przez policjantów uczestnika legalnej demonstracji w Warszawie) lub „sąd administracyjny nie jest od tego, by weryfikować zasadność wyroku niższej instancji” (zasłyszane na innej rozprawie, gwoli wyjaśnienia – sąd administracyjny został ustanowiony właśnie po to, by weryfikować zasadność wyroków sądów niższej instancji).
Podczas demonstracji, pikiet, wieców, to policja decyduje, czy został naruszony porządek publiczny, czy nie. Następnie to od niej zależy, czy w protokole wpisze, że zatrzymany uderzył policjanta, czy też że utrudniał czynności policji, bez względu na fakty. Nikt nie jest w stanie udowodnić swojej niewinności przed sądem, który bezkrytycznie ufa policji. Jedynym dowodem może być dla obywatela nagranie wideo, ale jak dowodzi praktyka, sędziowie nie zawsze czują się zobowiązani do brania tego materiału dowodowego pod uwagę. Nie stawia to poza tym kłamiących policjantów w stan oskarżenia o krzywoprzysięstwo. Dobór świadków jest również obarczony nieuzasadnioną wiarą w uczciwość policjantów – na sali sądowej bardzo często występuje kilku policjantów i jeden świadek z drugiej strony, co sąd uzasadnia „brakiem potrzeby powoływania większej ilości świadków”.
Takich spraw są setki. Mało kogo stać na to, by oskarżać policję i administrację państwową. Takie sprawy toczą się latami i często wykańczają psychicznie człowieka, nie mówiąc o pieniądzach, które trzeba zainwestować. Jednym z wielu przykładów jest sprawa Marka Milewskiego, który kilka lat temu spędził kilka miesięcy w więzieniu niesłusznie oskarżony o napaść na policjanta. Sędzia uznał, że kaseta video nie jest dowodem godnym wzięcia pod uwagę, na szczęście błędność tego podejścia uświadomił mu sąd w Strassburgu, orzekając konieczność wypłacenia Milewskiemu 8.000 złotych odszkodowania za całe zajście.
„Wysyłanie spraw do Strassburga” jest często jedynym sposobem upomnienia się o mienie i cześć. Większość spraw z Polski przesyłanych do Strassburga kończy się orzeczeniem na niekorzyść państwa, jednak nie każdy ma czas na to, by się tym środkiem posłużyć.

