Dziennikarze serwisu kartuzy.info nie odpuszczają. Pojawił się kolejny materiał dotyczący sprawy policjanta, która pod wpływem alkoholu wygrażał swojej rodzinie bronią służbową. Dotychczas opublikowaliśmy ich cztery artykuły na ten temat: [1] [2] [3] [4]. Zakończyły się postępowania prowadzone wobec policjanta z Sierakowic, który miał używać przemocy i grozić bronią rodzinie. Funkcjonariusz został odsunięty od służby i ma zostać zwolniony. Jednak nie z powodu tego „incydentu”, ale „z powodów zdrowotnych”. Policjant najprawdopodobniej nie zostanie ukarany za grożenie rodzinie bronią, a odsuwając go od służby zamieciono sprawę pod dywan.
Zgodnie z zapowiedzią wracamy do sprawy policjanta z Sierakowic, który będąc pod wpływem alkoholu miał grozić rodzinie pozbawieniem życia za pomocą broni służbowej. Incydent był na tyle groźny, że interweniowało wobec niego aż pięciu funkcjonariuszy, w tym jak mówią świadkowie, wyposażeni w kamizelki kuloodporne. Sprawa dla głównego „bohatera” zdarzenia zakończyła się założeniem niebieskiej karty i noclegiem w policyjnej izbie zatrzymań w Kartuzach, gdzie w spokoju wytrzeźwiał.
Mieszkańcy Sierakowic alarmowali, że przełożeni sierżanta zamierzają zamieść sprawę pod dywan. Wskazywali też na jego rodzinno-towarzyskie powiązania z szefostwem kartuskiej policji.
Dalszy przebieg zdarzeń tylko potwierdzał wersję informatorów. Intrygowało nas to, że nierzadkie zdarzenie, jakim jest przemoc domowa, było tak niestandardowo potraktowane przez przełożonych i to nie tylko powiatowych, ale też wojewódzkich. A przecież w użyciu miała być broń. Przez półtora miesiąca, które upłynęły od zdarzenia do momentu, kiedy zainteresowaliśmy się sprawą, nie wszczęto nawet postępowania wyjaśniającego. Tym bardziej nikt z kierownictwa kartuskiej jednostki nie powiadomił prokuratury, zarówno w sprawie przemocy jak i nieregulaminowego posługiwania się bronią.
Zarówno komendant powiatowy insp. Tadeusz Trybuś, jak i p.o. komendanta wojewódzkiego insp. Marian Szlinger, aby nie udzielić nam żadnych informacji w tej sprawie, zasłaniali się ważnym interesem służby. Mówili o prywatyzacji broni służbowej, która po godzinach pracy ma służyć do ochrony bezpieczeństwa policjanta. Twierdzili, że informacja o tym, że policjant posiada broń mogłaby narazić go na niebezpieczeństwo i zakłócić porządek publiczny. Jakby ktoś chciał napadać na policjantów z tego powodu, że są uzbrojeni.
Dopiero Komendant Główny Policji przymusił ich do udzielania w miarę rzeczowych odpowiedzi. Dowiedzieliśmy się, że sierżant z Sierakowic miał broń służbową i przechowywał ją w domu, a po zabawie w Rambo została mu przez kolegów odebrana.
O tym, że sprawa nie jest taka banalna, jak obaj komendanci ją przedstawiali, utwierdziła nas informacja, że żona policyjnego Rambo złożyła zawiadomienie o wyczynach męża do prokuratury w Kartuzach. Ta nie chciała prowadzić postępowania, więc sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Kościerzynie.
Nasi czytelnicy informowali nas także, że właśnie do tej prokuratury wysłana została specjalna delegacja z kartuskiej komendy, która miała przekonać prokuratora do umorzenia sprawy. Wydawało nam się to niewiarygodne, ale wkrótce potem otrzymaliśmy informację, że postępowanie zostało rzeczywiście umorzone. Aż dwa miesiące zajęło nam uzyskanie z prokuratury w Kościerzynie motywów umorzenia sprawy, które były traktowane jakby były tajne.
Prokurator Alicja Załucka nie znalazła żadnych dowodów wskazujących na popełnienie przestępstwa przez funkcjonariusza policji, bo zarówno żona, jak i jego najbliższa rodzina odmówiła składania zeznań. Jedyne co ustaliła to, że policjant przebywał na urlopie wypoczynkowym, a w momencie zatrzymania był nietrzeźwy, lecz zachowywał się spokojnie. Mimo tego podczas interwencji zabezpieczono jego broń służbową.
Sądziliśmy, że w tym momencie wszystko zostało pozamiatane i nie ma sprawy. Zaskoczył nas jednak komendant Trybuś, który po umorzeniu postępowania prokuratorskiego odwiesił postępowanie dyscyplinarne i ukarał policjanta naganą. W międzyczasie okazało się, że funkcjonariusz podupadł na zdrowiu, przez co komendant uznał, że nie może pełnić służby, zawiesił go i z tego powodu zamierza go zwolnić.
Zapoznaliśmy się raz jeszcze z dokumentami, które udało się nam uzyskać z prokuratury. Po ich analizie doszliśmy do wniosku, że komendant Trybuś najwyraźniej zrobił to, czego nie zrobiła prokuratura i porozmawiał z policjantami uczestniczącymi w interwencji. Prokurator z Kościerzyny nie widziała takiej potrzeby. Stwierdziła, że na pewno nic nie widzieli i niczego nie słyszeli. Wzywanie ich na przesłuchanie nie miało dla niej sensu. Z uzasadnienia nie wynika, czy przekonało ją o tym doświadczenie życiowe, czy przysłana delegacja.
Odmienne zdanie miał najwyraźniej insp. Trybuś. Patrząc na efekt prowadzonego przez niego postępowania dyscyplinarnego wyciągnął całkiem inne wnioski.
Według prokuratury w nocy z 6 na 7 marca co najmniej pięciu funkcjonariuszy opiekowało się swoim kolegą, który nie dość, że był w tym czasie na urlopie, to nie wymagał tej opieki.
Jeśli wszystko to, co mówi zarówno prokurator Załucka, jak i komendant Trybuś jest prawdą, to jedynym pokrzywdzonym w całej tej sytuacji jest sierżant z Sierakowic, a jego historia przedstawia się następująco:
Dzielny funkcjonariusz policji, odpoczywając po wyczerpującej i niebezpiecznej służbie podczas której ścigał groźnych przestępców, w piątkowy wieczór rozsiadł się na fotelu i wypił dla relaksu kieliszek wódki. Nagle do jego domu bez żadnego powodu wpadli ciężkozbrojni osobnicy, którzy nie tylko powalili go na ziemię i zapakowali do samochodu, a także włamali się do jego sejfu, w którym zgodnie z wytycznymi Komendanta Głównego Policji przechowywał swoją broń służbową. Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu przy tym zachować zimną krew. Nie awanturował się. Był spokojny. Nie takie rzeczy już przeżył. Wkrótce okazało się, że niespodziewaną wizytę złożyli mu jego wytęsknieni koledzy z pracy, którzy zabrali go do siebie na komendę w Kartuzach, aby mógł spędzić noc w dobrym towarzystwie. Rano poczęstowano go kubkiem najlepszej kawy. Dla żartu założono mu też niebieską kartę. Zawiadomienie żony o awanturze trafiło do prokuratury najpewniej zaś przez pomyłkę. Ta wszczęła śledztwo, ale szybko zorientowała się, że sierżant nic złego nie zrobił. Komendant jednak nie znał się na żartach swoich podwładnych. Najpierw cofnął mu pozwolenie na przechowywanie broni w miejscu zamieszkania, potem zaciekle bronił jego prywatności i bezpieczeństwa, a ostatecznie ukarał go naganą. Za naruszenie dyscypliny służbowej.
Czy tego typu zachowanie i postępowanie nie świadczy o jakiś zaburzeniach? Zastanawia nas dlaczego do tej pory nikt nie wyjaśnił społeczeństwu, jak to jest z bronią policjantów? Czy rzeczywiście mogą używać jej po godzinach pracy we własnych celach? Dziwi nas, że ani prokuratura ani przełożeni nie znaleźli żadnych powodów, aby zająć się naruszeniem zasad przechowywania i używania broni przez policjanta lub bezprawnym pozbawieniem policjanta broni. Bo albo do jednego albo do drugiego doszło. Albo będąc pod wpływem alkoholu miał przy sobie broń, albo interweniujący policjanci bez podstaw prawnych otworzyli jego sejf i z niego ją wyciągnęli. Inaczej nie mogliby jej przecież zabezpieczyć.
Możemy jedynie współczuć policjantom z powiatu kartuskiego, którzy już nawet we własnym domu, będąc po służbie, nie mogą spokojnie spożywać alkoholu. Z działania lokalnych organów ścigania wynika, że już sam ich stan nietrzeźwości może być powodem do zatrzymania ich i przymusowego pobytu w izbie zatrzymań, a także wyciągnięcia wobec nich konsekwencji służbowych.
Funkcjonariusz policji z Sierakowic niedługo pożegna się ze służbą na stałe. Obecnie jest zawieszony w obowiązkach służbowych i pozostaje w dyspozycji komendanta. To wszystko dlatego, że nie przeszedł obowiązkowych badań lekarskich. Incydent z doprowadzeniem go do izby zatrzymań w celu wytrzeźwienia nie miał żadnego wpływu na jego karierę w policji. Zagadką pozostaje, czy został nadzwyczaj łagodnie potraktowany, czy stał się ofiarą swoich przełożonych?
To oczywiście pytanie retoryczne…
Anna Lehmann, Bartosz Kitowski / kartuzy.info

