Paweł Surgiel twierdzi, że został brutalnie pobity przez dwóch strażników miejskich. Jego relacja ze zdarzenia i materiały, które przedstawił są wstrząsające. O komentarz poproszono straż miejską i policję. – Sprawa jest badana. Trwa też wewnętrzne dochodzenie w warszawskiej straży miejskiej – potwierdzają funkcjonariusze.
Tak o interwencji straży miejskiej opowiedział nam Paweł Surgiel.
– Tarchomin, godzina 1:30 w nocy. Zostawiłem samochód pod blokiem, ale postanowiłem go jednak zaparkować w garażu – opowiada Paweł Surgiel.
Po wyjściu z bloku pan Paweł zobaczył, że na parkingu wzdłuż ul. Myśliborskiej stoi samochód straży miejskiej.
– Przechodząc obok, zwróciłem uwagę strażnikom, że zajmują trzy miejsca parkingowe. Powiedziałem też, że gdyby normalny obywatel stał tyle czasu z włączonym silnikiem, zostałby ukarany mandatem. Strażnik miejski odpowiedział, że jestem pijany i żebym się odpie…. Nie byłem pijany, wyjąłem telefon i zacząłem nagrywać. Poprosiłem, żeby strażnik uzasadnił, dlaczego uważa, że jestem pijany – twierdzi.
Następnie obszedł samochód dookoła, jeden ze strażników również wyjął telefon i zaczął go nagrywać.
– Poinformowałem ich, że w takiej sytuacji wzywam policję. I się zaczęło – opowiada.
Strażnik wychodząc z samochodu uderzył go pierwszy raz drzwiami, wytrącił mu telefon z ręki, ale udało mu się go nie upuścić.
– W tym momencie wybiegł drugi strażnik i zaczęli mnie szarpać, krzycząc, że nie mam prawa ich nagrywać – mówi pan Paweł. – Nie byli w stanie wyrwać mi telefonu, zaczęli wykręcać mi ręce. Rzucili mnie na glebę, skuliłem się i schowałem telefon pod siebie. Nagrałem całą sytuację kiedy byłem przez nich bity, kopany po twarzy. Rozłupali mi zęba, wciąż kopali mnie w twarz, dostałem też strzał w oko. – opowiada pan Paweł.
Twierdzi, że strażnicy tak mocno wykręcili mu lewą rękę, że do tej pory ma niedowład. Mężczyzna zaczął krzyczeć i wołać o pomoc. Ktoś z bloku to usłyszał i wezwał policję.
– Później dowiedziałem się tego od policji, że stąd mieli zgłoszenie – relacjonuje pan Paweł.
W końcu strażnicy wyrwali mu telefon, upadł i wyłączyło się nagrywanie. iPhone pana Pawła odblokowuje się jedynie na odcisk kciuka, więc nie byli w stanie go w żaden sposób odblokować.
– Wrzucili mnie do samochodu, skuli ręce za plecami. Kazali mi podać kod odblokowujący. Powiedziałem, że w tym telefonie nie ma takiego kodu. Dostałem potężny strzał w twarz od jednego, potem od drugiego strażnika. Następnie jeden zaproponował – „ty, może gazem go pierdo…” – opowiada mężczyzna – Dostałem gazem najpierw z większej odległości, a potem drugi strażnik przystawił mi gaz do twarzy i praktycznie przez pół minuty pryskał mi prosto w oko. Następnie zamknęli drzwi od samochodu i powiedzieli, że „teraz dopiero się zacznie”.
Strażnicy wywieźli go do lasku na Tarchominie
– Dziś, kiedy byłem tam z policją, okazało się, że lasek jest 400 metrów od mojego domu, ale strażnicy tak krążyli i kręcili, że wydawało się, że jest dalej – relacjonuje przebieg sytuacji – Ja praktycznie nic nie widziałem, straciłem wzrok w jednym oku, drugie łzawiło i piekło. Okropny ból, nie mogłem go otworzyć – tłumaczy.
W lasku wyciągnęli go z samochodu i zaczęli straszyć, że albo poda kod do telefonu, albo go zajeb.., zapie…, zakopią w lesie.
– Byłem przerażony. Powiedziałem, że telefon odblokowuje tylko odcisk kciuka, żeby mi zdjęli kajdanki. – opowiada.
W tym czasie według strażnicy sami próbowali go odblokować, wpisując jakieś kombinacje, w związku z czym zablokowali go całkowicie.
– Poprosiłem ich o wodę i chusteczki, żeby przemyć oczy. Nie mogłem ich otworzyć tak piekły. Kazali mi za wodę zapłacić, zabrali mi portfel i wyciągnęli 400 zł i prawo jazdy. – opowiada pan Paweł.
Strażnicy kolejny raz zamknęli go w samochodzie, pan Paweł słyszał, jak rozmawiają. Twierdzi, że komentowali, że „tak stawiał, że trzeba mu było ostro wpie…, że aż mają zakwasy”.
W tym czasie zgłosił się dyspozytor z pytaniem, co strażnicy tak długo robią, czemu jeszcze nie zakończyli interwencji. Powiedzieli, że trochę się skomplikowała i nadal trwa.
– Wrócili do mnie i kazali coś podpisać, powiedzieli, że jeśli tego nie zrobię, to mnie zapie…na miejscu, jeśli chcę zobaczyć żonę i dzieciaka to mam podpisywać. Jak nie to las. – opowiada mężczyzna. I dalej – Spękałem, powiedziałem, że przepraszam, że źle że ich nagrywałem, że już więcej tego nie zrobię, tylko niech mnie już wypuszczą i podpisałem. Okazało się później, że podpisałem mandat w wysokości 500 zł. – tłumaczy.
Pan Paweł postanowił symulować, że ma atak astmy spowodowany gazem pieprzowym. Nie ma astmy, ale wie, jak wygląda taki atak. Aby się ratować, wytłumaczył im, że w samochodzie ma inhalator, że musi natychmiast go użyć, bo się udusi.
– Wystraszyli się, odstawili mnie pod blok, wypuścili i powiedzieli, że jeśli komukolwiek o tej sytuacji opowiem, to czeka mnie las i pojechali – opowiada.
Mężczyzna nie mógł odblokować telefonu, był w szoku. Wsiadł w samochód i pojechał ul. Modlińską, żeby spotkać policję. Nic innego w tym czasie nie przyszło mu do głowy. Po krótkiej chwili spotkał radiowóz. Opowiedział co się stało.
– Policjanci wezwali kryminalnych, karetkę. Zabrali mnie do szpitala na Bródnie. Skierowano mnie do okulisty, udało się zrobić tomografię, lekarz podejrzewał pęknięcie czaszki, na szczęście nic nie było. Mam tylko dokument o chemicznym poparzeniu oka – opowiada.
Następnie pan Paweł został przewieziony na komisariat na ul. Jagiellońską, gdzie był przesłuchiwany. Sfotografowano wszystkie obrażenia, rozcięte wargi, wybity ząb, siniaki itd.
– Na szczęście w samochodzie straży miejskiej ukryłem swoją wizytówkę, złożyłem ją na cztery i wcisnąłem między siedzenia. Technicy zabezpieczyli ten radiowóz, znaleźli wizytówkę.
O komentarz do interwencji straży miejskiej poproszono Monikę Niżniak, rzecznik straży miejskiej w Warszawie:
– Wydział kontroli wewnętrznej prowadzi czynności wyjaśniające. Sprawdzane są wszystkie informacje i dokumenty służbowe. Dopóki nie zakończymy tych działań, nie zdradzimy szczegółów. Mogę jedynie zagwarantować, że do sprawy podchodzimy bardzo poważnie i rzetelnie. Proszę uwierzyć, że nam też zależy na tym, żeby sprawę zbadać, mimo tego, że osoba poszkodowana nie złożyła do tej pory skargi do Straży Miejskiej – komentuje Niżniak.
Stołeczna policja również nie zdradza szczegółów, potwierdzając jednocześnie, że trwają postępowania sprawdzające.
– Mogę tylko potwierdzić, że złożono zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa i trwają czynności operacyjne, które mają wyjaśnić okoliczności tego pobicia. Dysponujemy materiałami i trwają czynności wyjaśniające. Szczegółów żadnych zdradzić nie mogę – mówi Paulina Onyszko ze stołecznej policji.

